Właśnie odkryłem nowy "feature" (coz it's certainly not a bug) Windowsa - kiedy ktoś w sieci lokalnej kopiuje ode mnie jakąś większą partię plików, nie jestem w stanie nawet muzyki na foobarze odtworzyć. A menedżer zadań wskazuje obciążenie procesora na 3%. So cool...
UWAGA! Ten wpis ma bliską zeru wartość intelektualną. Czytasz na własną odpowiedzialność.
W zasadzie nie lubię koncertówek. Drażni mnie zawsze to klaskanie, te przemowy, a na dodatek bardzo często bywa, że wykonania poszczególnych utworów są technicznie słabsze niż studyjne odpowiedniki. Przy czym zaznaczam, mówię tu o prawdziwych koncertówkach, a nie nagraniach z udziałem publiczności (jak np. "Młynarski" Raz, dwa, trzy). Jest jednakowoż jedna, którą darzę ślepą i niedojrzałą miłością - za energię i za aranżacje, których nie ma na albumach ze studia.
Ladies and gentlemen, please, welcome "Proměny tour 2003" by Čechomor!
Jedyny kawałek z tej płyty, jaki znalazłem na yt. Wcale nie najlepszy, aczkolwiek ciekawy z punktu widzenia Polaków.
To ja też sobie ponarzekam. Przyszedł dzisiaj list z, nie ukrywam, dość ważną zawartością. Fakt, że nadawca się nie popisał, ale dostarczyciel (czyt. poczta) też nie. Oto jak wygląda przesyłka:
Po uświadomieniu sobie, że w piątek mam egzamin i że już powinienem kończyć projekt, który w sumie ledwo zacząłem, powziąłem wczoraj postanowienie, że w tym tygodniu skupię się wyłącznie na tych dwóch rzeczach i zrobię je porządnie (tzn. zdam egzamin i skończę projekt). Efekt? Wczoraj zrobiłem gigantyczny postęp w... zupełnie innym projekcie, a tamtych dwóch nawet kapciem nie trąciłem ;)