Religia vs. Nauka - adwokatury diabła c.d.
W nawiązaniu do dyskusji, jaka wywiązała się po poprzedniej notce, pozwolę sobie zacytować Imre Lakatosa:
Z kolei mechanika i teoria powszechnego ciążenia Newtona została zaproponowana jako śmiałe przypuszczenie, które zostało wyśmiane i nazwane przez Leibniza "okultystycznym" i które sam Newton traktował sceptycznie. Jednak kilkadziesiąt lat później - wobec braku refutacji - jego aksjomaty zaczęto uznawać za niewątpliwą prawdę. Zapomniano o podejrzeniach, krytyków okrzyknięto "ekscentrykami", jeśli nie "ignorantami"; a niektóre z jego najbardziej wątpliwych założeń uznane zostały za tak oczywiste, że nigdy nie trafiły do podręczników. Debata - od Kanta do Poincarégo - nie dotyczyła już prawdziwości newtonowskiej teorii, ale natury jej pewności
Jak bardzo przypomina mi to niektóre teksty z komentarzy do "Opium dla mas"... ;)
Analogia między ideologiami politycznymi i teoriami naukowymi sięga więc dalej, niż się powszechnie uważa: polityczne ideologie, które mogły być pierwotnie przedmiotem debaty (i akceptowane być może tylko pod naciskiem) mogą zmienić się w niekwestionowaną wiedzę wstępną nawet w ciągu jednego pokolenia - krytycy zostaną zapomniani (lub nawet straceni), zanim rewolucja upomni się o reprezentowane przez nich racje.
Jak więc widać granica pomiędzy wiarą religijną (polityczną), a wiarą naukową jest cienka. Dużo cieńsza niż by tego chcieli wszyscy "racjonaliści". I zeloci zresztą też...