Film obejrzałem już z tydzień temu, jednak jakoś wciąż we mnie siedzi, więc postanowiłem coś o nim naskrobać. Ponieważ jest to film Kurosawy i ponieważ jest z 1975 roku, podchodziłem do niego ostrożnie. Wiedziałem, że różnie z tym może być. I w sumie nie pomyliłem się...
Na znalezienie się w końcu na koncercie Kroke czekałem chyba z 2 lata, może dłużej. Trudno określić, bo nie było to jakieś pojedyncze odkrycie. Ich muzyka raczej przesączała się gdzieś z audio-okolicy do mojej świadomości, by w końcu zagościć jako stała pozycja na mojej playliście.
Niemniej z tym koncertem nie szło. A to bilety za drogie, a sponsora brak; a to znów ważny event w tym samym czasie na drugim końcu Polski... Wybierałem się kilka razy i za żadnym nie doszło to do skutku. Ale okazało się, że warto czekać.
Tytuł to zarazem dosłowne tłumaczenie tytułu filmu, w Polsce funkcjonującego jako "Zakochana złośnica", który obejrzałem wczoraj z dwoma kolegami. Nic w nim niezwykłego nie było - miał być współczesną adaptacją szekspirowskiego "Poskromienia złośnicy" (po to go oglądaliśmy), ale nie bardzo był. Po filmie zaś wywiązała się krótka rozmowa na temat tego, czym karmione są w dziedzinie kultury amerykańskie nastolatki (bo do nich film był kierowany).
Konkluzji łatwo się domyślić. Uwielbiamy narzekać, jakie to amerykańskie kino jest płytkie i banalne. Mi dopiero wieczorem przyszło do głowy, że podchodzimy do tego ze złej strony, że w rozważaniach umyka nam kilka ważnych szczegółów...
W nawiązaniu do mojego wpisu sprzed około roku:
Obejrzałem Zakazane Królestwo. Ciężko uznać te film za arcydzieło. Ot, taka bajeczka w dalekowskodnim wykonaniu, w dodatku, niestety, z amerykańskim zacięciem. I choć film nie spełnia wymogów holywoodzkiego scenariusza (pierwsze pięć minut raczej mnie zniechęciło, niż przykuło do ekranu), to im bliżej końca, tym bardziej nadrabia. Ogólną ocenę ustabilizowałbym na poziomie 60% - bez rewelacji, ale taki do obejrzenia sobie bez większych aspiracji intelektualnych - idealny ;)
UWAGA! Ten wpis ma bliską zeru wartość intelektualną. Czytasz na własną odpowiedzialność.
W zasadzie nie lubię koncertówek. Drażni mnie zawsze to klaskanie, te przemowy, a na dodatek bardzo często bywa, że wykonania poszczególnych utworów są technicznie słabsze niż studyjne odpowiedniki. Przy czym zaznaczam, mówię tu o prawdziwych koncertówkach, a nie nagraniach z udziałem publiczności (jak np. "Młynarski" Raz, dwa, trzy). Jest jednakowoż jedna, którą darzę ślepą i niedojrzałą miłością - za energię i za aranżacje, których nie ma na albumach ze studia.
Ladies and gentlemen, please, welcome "Proměny tour 2003" by Čechomor!
Jedyny kawałek z tej płyty, jaki znalazłem na yt. Wcale nie najlepszy, aczkolwiek ciekawy z punktu widzenia Polaków.
Po uświadomieniu sobie, że w piątek mam egzamin i że już powinienem kończyć projekt, który w sumie ledwo zacząłem, powziąłem wczoraj postanowienie, że w tym tygodniu skupię się wyłącznie na tych dwóch rzeczach i zrobię je porządnie (tzn. zdam egzamin i skończę projekt). Efekt? Wczoraj zrobiłem gigantyczny postęp w... zupełnie innym projekcie, a tamtych dwóch nawet kapciem nie trąciłem ;)