Alea ACTA est...

Nie sposób przecenić wagi wydarzeń ostatnich kilku dni, od kiedy to polski internet dowiedział się o ACTA. Akcja przesyłania sobie dramatycznych apeli Comic Sansem na kwejkach i rzewnych filmików na youtube przyniosła skutek - nie ma już chyba nikogo, kto by nie słyszał tego złowróżbnego skrótu i nie zamierzał straszyć nim swoich przyszłych dzieci. Szkoda tylko, że ujawniło się przy okazji, że nasza wiedza na temat internetu (jako społeczeństwa) jest nadal bliska zeru.

O braki w znajomości zagadnienia najczęściej oskarża się polityków proponujących rozwiązania w danej kwestii. Nie bez racji, oczywiście większość projektów dotyczących świata cyfrowego, a już w szczególności internetu, pełne są zaściankowego strachu przed nowością i całkowicie mylnymi stwierdzeniami, bazującymi na uprzedzeniach i stereotypach. Z tym że tym razem większość "protestujących" przeciw podpisaniu ACTA wykazuje podobny, o ile nie niższy, poziom poglądów, powtarzając tylko propagandowe opinie wytworzone na podstawie opinii o opiniach na temat streszczenia dokumentu, o którym mowa. Nie ulega wątpliwości, że samej ustawy nikt nie przeczytał, nie wie czego dotyczy, ale chętnie "uświadomi" każdemu, kto zadał sobie ten trud, jak bardzo się myli i nie ma racji.

Co więcej, cała awantura odnośnie SOPA, PIPA i ACTA ujawniła kilka bardzo niebezpiecznych faktów. Ludzie traktują dostęp do nielegalnych kopii filmów, seriali i muzyki jako swoje niezbywalne prawo, a zgodne z przepisami, które przecież są w mocy od wielu, wielu lat - jako atak na nietykalność osobistą, terror i wprowadzanie kartek na tlen. Ujawniła też głęboko zakorzenioną i równie głęboko niesłuszną wiarę w anonimowość w internecie. Znakiem czasów był komentarz gościa, który pod własnym imieniem i nazwiskiem na facebooku chwalił się, że jest członkiem Anonymous i przeprowadzał atak na strony Sejmu i innych polskich instytucji.

Zresztą owe ataki były chyba najgorszą rzeczą, jaka zdarzyła się w całym sporze. Zamiast roli ostrzegawczej (jaką miałyby w stanach), w Polsce zostały odebrane jako zerwanie rozmów i wypowiedzenie wojny totalnej. Wojny, którą internet jako taki musi przegrać i co najwyżej zejść do podziemi darknetów i TOR-a. Podejrzewam, że grupa Dialog, Panoptykon i minister Boni muszą czuć głęboką wdzięczność za zniweczenie większości ich wcześniejszych wysiłków, które, w odróżnieniu od DDoSowania stron, mogły odnieść jakiś realny skutek. O ile nie można mieć pretensji do globalnej społeczności internetowej o nieznajomość specyfiki polskiego myślenia o nowych technologiach, o tyle wszyscy polscy "hakerzy" wykazali się tylko i wyłącznie brakiem wyobraźni.

Tymczasem pozostaje dalej oglądać to widowisko, choć trudno już mieć nadzieję na nieoczywiste zakończenie. Właściwie na własne życzenie dużej części "protestujących".

  1. Zaś według Ciebie treść umowy nie jest ani trochę niepokojąca? O_o

    23 stycznia 2012, 16:37:54 | Permalink
  2.  katafrakt napisał(a):

    Zaś gdzie niby coś takiego napisałem? o_O

    23 stycznia 2012, 22:28:29 | Permalink
  3. Można tak zrozumieć cały wpis, specjalnie gdzieś tak tu:

    Nie ulega wątpliwości, że samej ustawy nikt nie przeczytał, nie wie czego dotyczy, ale chętnie "uświadomi" każdemu, kto zadał sobie ten trud, jak bardzo się myli i nie ma racji.

    23 stycznia 2012, 23:26:19 | Permalink
  4.  katafrakt napisał(a):

    Nie wiem jak bardzo złej woli trzeba, żeby wpis (i ten fragment) tak odebrać, ale ok.

    23 stycznia 2012, 23:27:20 | Permalink
  5. No ja to odczytałem jako "protestują, bo się nie znają". Co jest po linii jaką przyjęło kilku znajomych, którzy to przeczytali i stwierdzili, że "tak właściwie nic złego tam nie ma".

    24 stycznia 2012, 11:49:39 | Permalink
Możesz używać Markdown. Nie możesz używać HTML-a (tzn. możesz, ale nic to nie da).