Wyniki, ich relacja do sondaży, rozkład geograficzny poparcia dla dwóch głównych kandydatów - wszystko to jakie jest, każden widzi, więc chyba nie ma sensu płodzić kolejnego wpisu, w którym state the obvious / take profit. Dlatego też chciałem zwrócić uwagę na kwestię, która mnie irytowała podczas całej kampanii wyborczej i do samego końca, choć wierzyłem, że będzie inaczej, się nie zmieniła.
Otóż w tej edycji wyborów prezydenckich o dziwo wcale nie wybieramy prezydenta. Wiem, brzmi to dziwnie i niektórzy postukają się w głowę, ale spójrzmy na fakty.
Dwaj główni kandydaci to Bronisław Komorowski, który jest raczej nijakim reprezentantem PO oraz Jarosław Kaczyński, między którym a PiSem można postawić znak równości, a co najmniej równoważności. Wybierzemy jednego z nich, a de facto wybierzemy jego partię, której on będzie jedynie bardzo silnym przyczółkiem.
Taka "świadomość wyborcza" tym razem nie istniała jednak tylko u ludzi, ale była szeroko akceptowana chociażby w mediach. Bój toczył się wyraźnie pomiędzy partią rządzącą a największą partią opozycyjną, a nie między Komorowskim i Kaczyńskim (myślę, że z dużym szczęściem dla tego pierwszego, bo w bezpośrednim boju musiałby chyba polec). Stwierdzenia zagłosuję na opozycję, nie mogę zagłosować na Ziobrę, to zagłosuję na Kaczyńskiego, bo to to samo były powszechne, a zastanowienia nad tym kim jest człowiek, który przez pięć lat ma być oficjalnym reprezentantem naszego kraju nie było wcale.
Swoją drogą to chyba rozwiązuje odwieczny dylemat polskiego systemu politycznego, w którym prezydent pełni bardzo niejasną rolę. Są zwolennicy wzmocnienia jego urzędu, są osłabienia, ale po takiej kampanii, która pokazała, że prezydent ma być co najmniej drugim Sejmem, chyba nie ma wątpliwości, że wzmocnienie do niczego nie prowadzi i to system parlamentarny jest tym, do którego powinniśmy dążyć (co rozwiązuje też chyba kwestię likwidacji Senatu).
A jedynymi kandydatami, którzy uciekli od schematu cześć, jestem pionkiem swojej partii byli Olechowski (bo niezrzeszony) i Korwin-Mikke (bo ta jego partia, która nawet nie wiem jak się nazywa, i tak nie istnieje w publicznej świadomości)...
Odwieczny dylemat polskiego systemu politycznego rozwiąże wyłącznie zmiana Konstytucji. Kto to widział, żeby prezydent wybierany w wyborach powszechnych, posiadający sporą legitymację społeczeństwa, nie miał praktycznie żadnych kompetencji za wyjątkiem weta ustawodawczego i możliwości skierowania ustawy do TK + odrobina kompetencji reprezentacyjnych?
Z politycznego punktu widzenia (prawie) wszystko jedno, kto zostanie prezydentem, jeśli następne wybory parlamentarne z przewagą pozwalającą na odrzucenie prezydenckiego weta wygra PO. Chociaż im oczywiście łatwiej będzie realizować swój program z prezydentem skorym do współpracy.
Wolność i Praworządność, się nazywa ;).