The only live album I love
UWAGA! Ten wpis ma bliską zeru wartość intelektualną. Czytasz na własną odpowiedzialność.
W zasadzie nie lubię koncertówek. Drażni mnie zawsze to klaskanie, te przemowy, a na dodatek bardzo często bywa, że wykonania poszczególnych utworów są technicznie słabsze niż studyjne odpowiedniki. Przy czym zaznaczam, mówię tu o prawdziwych koncertówkach, a nie nagraniach z udziałem publiczności (jak np. "Młynarski" Raz, dwa, trzy). Jest jednakowoż jedna, którą darzę ślepą i niedojrzałą miłością - za energię i za aranżacje, których nie ma na albumach ze studia.
Ladies and gentlemen, please, welcome "Proměny tour 2003" by Čechomor!
Jedyny kawałek z tej płyty, jaki znalazłem na yt. Wcale nie najlepszy, aczkolwiek ciekawy z punktu widzenia Polaków.


