Zawsze ironicznym uśmiechem kwitowałem wszelkie wypowiedzi typu "ja jestem powiernikiem Jedynej Prawdy" w internecie. Aż do dzisiaj. Dziś, jak na grono wchodzę dwa razy w roku, tak wszedłem ten pierwszy. I zawiało mnie w rejony dziedziny, w której jako jedynej coś tam umiem - djembe, bongosy itp.
I stało się tak, iż spojrzałem na jakiś temat na forum, w którym koleś lansował się filmikiem, na którym męczy rzeczony bęben. Robił to w sposób co najmniej efektowny, aczkolwiek faktycznie bez jakiegoś nadmiernego szału czy myśli przewodniej. Natomiast reakcja ludzi napełniła mnie prawdziwą mieszanką smutku, przerażenia, nihilizmu i rezygnacji. Otóż okazało się, że koleś w ogóle nie umie grać, gdyż nie robi tego klasycznie (czyt. "tak jak mnie nauczyciel uczył"). Ba, szybko doszło do tego, że to, co robi, w ogóle nie jest grą, bo jest niezgodne ze sztuką...
Skwitowawszy to staropolskim słowem "żal" i kilkoma słowami krytyki opuściłem przybytek intelektualnej rozkoszy i wróciłem do mojego realnego życia, w którym prawie nic nie jest tak, jak "sztuka" każe. Czyli w zasadzie nie żyję...