Z pamiętnika sfrustrowanego rowerzysty
Postanowiłem dziś przejechać się na uczelnię rowerem. Z jednej strony dyktowane było to tym, że miałem trochę za mało czasu na docieranie tramwajem, z drugiej - chciałem się przejechać. Wyznaczyłem sobie bezpieczny bufor czasowy równy połowie czasu potrzebnego na przebycie żądanego dystansu pieszo i wsiadłem na moją machinę. I wtedy się zaczęło...
Kiedy wyznaczony czas upłynął, nie byłem jeszcze nawet w połowie drogi. Zawróciłem więc i stwierdziłem, że załatwię tę sprawę kiedy indziej. Niestety, polskie duże miasta są absolutnie nieprzystosowane dla rowerzystów, wyjątkiem tutaj jest Wrocław. Ale Poznań nie - idiotyczne przyciski na światłach, brak ścieżek rowerowych, ruchliwe ulice, straż miejska czająca się w krzakach, przejścia dla pieszych co 15 metrów... Właśnie, przejścia. Nie muszę chyba przypominać, że zgodnie z idiotycznym polskim prawem rowerzysta ma na przejściu dla pieszych obowiązek zsiąść z roweru i przeprowadzić go przez jezdnię? W zasadzie gorzej - rowerzysta w mieście nie ma w ogóle prawa poruszać się po chodniku. Na pierwszy rzut oka widać, że układający te przepisy w życiu nie mieli "przyjemności" poruszana się rowerem po głównych drogach miejskich, doświadczyć tego, co kierowcy wyprawiają, nie wspominając o tym, co wykrzykują.
No ale czego tu oczekiwać? Od lat jest tak, że rowerzysta "zbiera" najgorsze ograniczenia dotyczące i pieszych, i kierowców. I ten najzdrowszy środek transportu zmienia się w powodujący największą frustrację. Przynajmniej w polskich, wiadomo jakich, realiach.