Nie wpiszę się niestety w ogólnojoggerowy trend, żeby koniecznie ogłaszać światu na głównej, jakiejż to ja matury nie pisałem i jak bardzo epic fail/glorious victory zaliczyłem. Nie - bo uważam, że nikogo to nie obchodzi i czuję w moich starych kościach, że mam absolutną rację.
Ale tak - uczyniłem wczoraj drugie (i raczej nie ostatnie) podejście do matury rozszerzonej z matmy. Nim jednak do tego doszło, czekał mnie dużo poważniejszy egzamin, dużo bardziej zresztą dojrzałość sprawdzający. Misja: pokonać wrocławską komunikację. Ponieważ u mnie w rodzinie nie znalazł się nikt, kto by miał jakiekolwiek doświadczenia z poruszaniem się środkami transportu masowego przed godziną ósmą, więc musiałem usiąść z kartką, policzyć całki z prognozy pogody, dodać do tego pochodne po szacowanej ilości maturzystów i na koniec pomnożyć przez olbrzymi wpływ czynnika losowego. Wynik - 60 minut (do szkoły jest 8,5 km). Trasę pokonałem w 40 minut. Ten egzamin zdałem śpiewająco.
Tylko ten, jeśli chodzi o dzień wczorajszy.
Coś nie mam skilla zwyczajnie i nie potrafię zrobić najprostszych zadań. Może to znak, że jednak nie powinienem pchać palców między drzwi ścisłych studiów?